piątek, 3 sierpnia 2012
Już udało nam się przynajmniej w połowie zobaczyć czerwcowonarodzone dzieciaczki. Słodziutkie malutkie i niespokojne. My czekamy jeszcze na Nasze Maleństwo, ale mam nadzieje, że jeszcze troszkę poczekamy choć skurcze coraz częściej i mocniej dają się we znaki. Czasem mamy próby, jak to będzie z trójką. Już dało się zauważyć, że może być ciężko na początku tą całą wesołą kompanię ogarnąć, ale mamy nadzieję na sukces :-) Na razie jesteśmy po odwiedzinach dziadków na radzyńskich włościach i fajnie. Dzieci wymęczone, a ja czekam na męża z utęsknieniem aż wróci z delegacji... i tak czas mija i mija i mija...
poniedziałek, 30 lipca 2012
Wspinaczka a bouldering
Wspinaczka, której uczyłem się na kursie, to wchodzenie na skały z pełną asekuracją: liny, kask, uprząż. Dużo sprzętu. Za to bouldering w skałach wygląda trochę bardziej niebezpiecznie. Za całe zabezpieczenie służy materacyk (tzw. crashpad), asekurujący kolega (koleżanka), która wykonuje tzw. spotting - asekuracja głównie głowy (widoczne na kilku urywkach) i (co najważniejsze) - czapeczka.
Czy bouldering jest lepszy, czy trudniejszy? Trudno powiedzieć. Dla mnie takie wchodzenie bez asekuracji na takie skały jak poniżej, to mimo wszystko jakaś totalna brawura. Ale może się nie znam...
środa, 25 lipca 2012
Nieściszalni
Podzielę się z Wami pewnym filmem. "Nieściszalni" (na filmwebie można zobaczyć kawałek filmu).
Grupa zapalonych muzyków-perkusistów chce stworzyć dzieło totalne, ogarniające całe miasto. Powstaje więc koncert na miasto i sześciu perkusistów. Muzycy "terroryzują" miasto muzyką. Dostają się m.in. do szpitala, by tam zabrać jednego pacjenta i zagrać na nim. Wykorzystują poza tym wszystko co jest pod ręką: butle z gazem, respiratory etc. Muzyka jest wszędzie. Nie dajmy się oszukać.
Dzisiaj zaś znalazłem informacje o filmie krótkometrażowym, który powstał 9 lat wcześniej. "Muzyka na jeden lokal i sześć perkusji". O dziwo, występują w nim ci sami aktorzy i tworzą podobne przedsięwzięcie co w "Nieściszalnych". Oba filmy łączy też reżyser. Czyżby to była mała wprawka? W "Muzyce na jeden lokal..." instrumentem jest ten właśnie tytułowy lokal, w którym kuchnia, sypialnia, łazienka i salon służą jako tworzywa do powstania muzyki:
Grupa zapalonych muzyków-perkusistów chce stworzyć dzieło totalne, ogarniające całe miasto. Powstaje więc koncert na miasto i sześciu perkusistów. Muzycy "terroryzują" miasto muzyką. Dostają się m.in. do szpitala, by tam zabrać jednego pacjenta i zagrać na nim. Wykorzystują poza tym wszystko co jest pod ręką: butle z gazem, respiratory etc. Muzyka jest wszędzie. Nie dajmy się oszukać.
Dzisiaj zaś znalazłem informacje o filmie krótkometrażowym, który powstał 9 lat wcześniej. "Muzyka na jeden lokal i sześć perkusji". O dziwo, występują w nim ci sami aktorzy i tworzą podobne przedsięwzięcie co w "Nieściszalnych". Oba filmy łączy też reżyser. Czyżby to była mała wprawka? W "Muzyce na jeden lokal..." instrumentem jest ten właśnie tytułowy lokal, w którym kuchnia, sypialnia, łazienka i salon służą jako tworzywa do powstania muzyki:
poniedziałek, 23 lipca 2012
Trochę słabizna
Trochę słabizna. Jesteśmy po oazie, ale jakoś ciągle się leczymy. Oaza oprócz przeżyć duchowych nie szczędziła nam także mocnych przeżyć fizycznych. Prawie wszyscy na rekolekcjach doświadczyli jakiejś wirusówki żołądkowej. Mocne i ciężkie. Z naszej rodziny właściwie wszyscy przez nią przechodzili. Franek złapał wirusa na koniec oazy, więc podróż powrotna była dla niego trochę ciężka, ale dzielnie to zniósł i nie wymiotował. Za to trzymało go jeszcze kilka dni po powrocie. Jednak organizm osłabiony i teraz ma jakieś przeziębienie. Marysia chyba też coś od niego łapie, a wirus przeskoczył na Monikę. Zawsze coś. Ja wirusa miałem na oazie właściwie jeden dzień i teraz na razie mnie nie łapie. Kto wie, może nawet się uodporniłem?
Poza chorobami Monikę łapią jakieś mocne skurcze, więc dobrze jakby odpoczywała. Ale z dziećmi nie zawsze się to udaje.
Póki co jesteśmy raczej dobrej myśli.
A na osłodę (choć troszeczkę) - słodkie zwierzątka:
http://www.joemonster.org/art/20633/Zwierzeta_ktorych_nawet_nie_podejrzewalbys_ze_moga_byc_slodkie
Poza chorobami Monikę łapią jakieś mocne skurcze, więc dobrze jakby odpoczywała. Ale z dziećmi nie zawsze się to udaje.
Póki co jesteśmy raczej dobrej myśli.
A na osłodę (choć troszeczkę) - słodkie zwierzątka:
http://www.joemonster.org/art/20633/Zwierzeta_ktorych_nawet_nie_podejrzewalbys_ze_moga_byc_slodkie
piątek, 1 czerwca 2012
Rok
Marysia wczoraj hucznie obchodziła swoje pierwsze urodziny. Zjechało się i zeszło z tej okazji mnóstwo znakomitości: x. Marek i Ania J., Paulina, Hania, Marek, Lidka, Michał, Michał, Ola, Ela, Karol i Ania. Rozmawialiśmy, malowaliśmy, słuchaliśmy pana Andrusa, oglądaliśmy zdjęcia, jedliśmy. W menu pojawiła się znakomita lasagne'a i niesamowity tort z truskawkami.
Dzisiaj Dzień Dziecka. Dla mnie trochę trudny dzień w pracy, ale na szczęście w domu mogłem sobie odpocząć: przy zmywaniu, odkurzaniu i zamiataniu, no i przy kalamburach i gonitwach z Frankiem na plecach.
Co do zdjęć, to myślę, że mogę już zdradzić, że w zeszłym tygodniu byłem na kursie wspinaczkowym w Sokolikach (niedaleko Jeleniej Góry). Był to czas przede wszystkim przełamywania się i oswajania z górami (choć bardziej należałoby powiedzieć: skałami). Nie zabrakło także grania (w tym na gitarze), niesamowitego jedzenia (naleśniki robione wg przepisu z Nepalu), głupich żartów, poważnych rozmów, nauki trudnych węzłów, w końcu zdartych rąk i kolan. Na szczęście nie doświadczyliśmy większych kontuzji czy nawet odpadnięć od skały (cały czas oczywiście byliśmy asekurowani).
Żeby nie przedłużać, to poniżej parę zdjęć:
Dzisiaj Dzień Dziecka. Dla mnie trochę trudny dzień w pracy, ale na szczęście w domu mogłem sobie odpocząć: przy zmywaniu, odkurzaniu i zamiataniu, no i przy kalamburach i gonitwach z Frankiem na plecach.
Co do zdjęć, to myślę, że mogę już zdradzić, że w zeszłym tygodniu byłem na kursie wspinaczkowym w Sokolikach (niedaleko Jeleniej Góry). Był to czas przede wszystkim przełamywania się i oswajania z górami (choć bardziej należałoby powiedzieć: skałami). Nie zabrakło także grania (w tym na gitarze), niesamowitego jedzenia (naleśniki robione wg przepisu z Nepalu), głupich żartów, poważnych rozmów, nauki trudnych węzłów, w końcu zdartych rąk i kolan. Na szczęście nie doświadczyliśmy większych kontuzji czy nawet odpadnięć od skały (cały czas oczywiście byliśmy asekurowani).
Żeby nie przedłużać, to poniżej parę zdjęć:
poniedziałek, 26 marca 2012
czwartek, 15 marca 2012
Kilka nowych faktów
W wyniku paru konkursów udało mi się wygrać ostatnimi czasy 2 gry: Hooop! i Czerwony Listopad. Miło. No i Czerwony Listopad to wygrana w konkursie WC :)
A wczoraj rozegraliśmy (z Jarkiem i Tomkiem) pierwszą rozgrywkę w Prêt-à-Porter. Bardzo przyjemnie się grało, choć czcionka na kartach malutka. Na szczęście jest możliwość dokupienia kart tylko z ikonkami, co znacznie ułatwi sprawę.
A dziś jest czwartek. Franek choruje. Ale dzisiejsza noc nawet była do spania. Idzie wiosna, a my posłuchajmy (oczywiście oglądając):
A wczoraj rozegraliśmy (z Jarkiem i Tomkiem) pierwszą rozgrywkę w Prêt-à-Porter. Bardzo przyjemnie się grało, choć czcionka na kartach malutka. Na szczęście jest możliwość dokupienia kart tylko z ikonkami, co znacznie ułatwi sprawę.
A dziś jest czwartek. Franek choruje. Ale dzisiejsza noc nawet była do spania. Idzie wiosna, a my posłuchajmy (oczywiście oglądając):
Subskrybuj:
Posty (Atom)




