Opublikowany w roku 1944 przez Theloniousa Monka. W związku z tym to jeden z najstarszych, a na pewno jeden z najczęściej granych standardów jazzowych.
Na początek może wersja oryginalna:
A teraz zapraszam na skandynawską ucztę:
A co powiecie na coś bliższego, czyli polski cover:
Każde wykonanie jest szczególne, ale to z kolei jest bardziej szczególne:
Na koniec może tylko Michel Petrucciani:
poniedziałek, 12 maja 2014
Rzeczy się zmieniają. Wszystko się troszeczkę poprawia. Ogólnie, idzie do przodu. Brak w tym wszystkim jakiejś stałości. Czasem czuję, że coraz mniej ogarniam całość. Ale to dobrze. Nie ja muszę się tym martwić. Dziś właśnie w tym temacie.
Wszystko ciągle się zmienia. Nawet i gusta muzyczne. Od czasu koncertu Luxtorpedy trochę mi się też pozmieniało. I choć kiedyś ostro słuchałem zarówno Armii, jak i P.O.D, to na długi czas jakoś mocnego rocka zarzuciłem (chociaż może to już nie rock?). Dziś "Higher" i piękny tekst: "to wszystko będzie mieć sens gdy się tam dostanę"
Z bólem zauważam, że blog został zarzucony. A szkoda, bo blogi to jednak fajna sprawa. Być może ostatnie miejsce, gdzie spokojnie można wylać refleksje i się wypowiedzieć. Wszędzie indziej w internecie króluje raczej ekstremalnie krótka forma - wpisów, a nie postów.
Ostatnio pisuję na www.boardtime.pl (przyznam się też, że obecny szablon to moja sprawka).
Patrzę też na to przez pryzmat całej platformy blogowej znadplanszy.pl.
Oaza się skończyła - szalenie cenny czas. Trudny, ale cenny.
Franek zaczął chodzić do przedszkola, więc nowe wyzwania.
Ja zacząłem prowadzenie kursu gry na gitarze.
A przy tym wszystkim żona moja organizuje Szlachetną Paczkę.
Więc czasu mało.
Jak dodam do tego, że oboje ciągniemy nowennę pompejańską, to już w ogóle.
Dlatego też warto czasem się zatrzymać przy dobrym jazzie.
Michel Petrucciani. Człowiek z wrodzoną karłowatością. Ale mimo to muzyk. Niesamowity jazzman. Niesamowite emocje i inwencja. Besame mucho. Całuj mocno. Nie żałuj.
PS. Okazuje się, że na paryskim cmentarzu Pere Le Chaise - Michel leży obok Szopena. I z pewnością to nie przypadek.
wtorek, 23 lipca 2013
Zbliża się oaza. 2 tygodnie w Koszalinie.
Urlop. I dużo wody :)
A dziś mała dedykacja dla Moniki, która pisze/kończy bajkę:
Z cyklu "Piosenki i ich covery" dziś przedstawiam Fever. Historia rozpoczyna się już w 1956 r. Piosenkę po raz pierwszy wykonuje Little Willie John. Polecam znaleźć sobie wykonanie np. na youtubie. W obecnym zestawieniu wystąpią zaś przeróbki, covery etc.
Zaczynamy od Peggy Lee:
Następnie przechodzimy do innego klasycznego wykonania. Ray Charles. Wszystko jasne. Tu w duecie z Natalie Cole, córką słynnego Nata Kinga:
Następnie wykonanie bożyszcza kobiet Micheale Buble. W tle obowiązkowe popiskiwania fanek:
Następnie, moim zdaniem najlepszy aranż, i w ogóle ostatnie odkrycie: Sophie Milman (mieszkająca w Kanadzie, urodzona w Rosji, z pochodzenia Żydówka):
I wersja Muppetów ze Zwierzakiem i Ritą Moreno (dedykacja dla malutkiej Rity J.):
Na koniec deserek. Bożyszcze. Just Elvis:
Mam nadzieję, że uda mi się ten cykl jakoś kontynuować. Zobaczymy.
Jeszcze jedno zestawienie i będzie spokój: pieśń o morzu i miłości. La Mer. Przecudne wykonanie, znane m.in. z filmu Szpieg otwiera naszą listę:
Teraz wersja bardziej spokojna, romantyczna, "klasyczna". Kevin Klein z Francuskiego pocałunku:
I wersja amerykańska. W zupełnie innym swingowym stylu:
Na koniec nie omieszkam umieścić jeszcze jednej pięknej wersji:
Kevin Spacey
Być może brakuje w tym zestawieniu wersji Franka Sinatry, ale z tego co wiem, pierwszym jej amerykańskim wykonawcą był wzmiankowany Bobby Darin, a wersja Sinatry odtwarza jedynie aranż.
PS. Okazuje się, że tekst oryginalny (czyli francuski) nie mówi o niczym innym jak tylko o morzu. Cover amerykański mówi o ukochanej czekającej na brzegu na powrót żaglarza/marynarza/rybaka.
PSPS. Wersja Kevina Spacey'ego jest z filmu, który jest biografią Bobby'ego Darina.
Poza przygotowaniami do Świąt, do Szlachetnej Paczki, do Święta Patronalnego - luz...
Egzamin SCJP zdany. Teraz jeszcze dobrze by było skończyć program dla x. Marka.
Dzieci poprzechodziły trochę różnych wirusów, ale już wracają do zdrowia.
Dzisiaj urodziny Ślopa, więc dla niego dużo dobra.
Poza tym w pracy masakra, ale za to dzieci już zdrowe, po ostatnich przeziębieniach.
Dzisiaj pierwsze spotkanie w nowym kręgu DK. Zobaczymy.
A przy okazji piątku i w ogóle:
1) o paraliżu decyzyjnym w grach planszowych: http://planszoholik.pl/2012/10/26/analysis-paralysis/
Co prawda już dawno po narodzinach Dominika (4.09), ale właśnie przez różne sprawy, załatwienia i inne nie było czasu, żeby tu coś napisać.
Zdjęcie Dominika (już zdecydowanie nieaktualne, ale za to tuż po urodzeniu):
Od czasu urodzin Dominika sporo się wydarzyło. Rodzeństwo zaczęło się oswajać z braciszkiem. Początkowo trzeba też było trochę oprotestować, że uwaga mamy skierowana jest trochę bardziej na najmniejszego w rodzinie. Ale tak to już jest...
Obecnie w planach jest chrzest Michałka, następnie chrzest Lidki (dla której oboje będziemy chrzestnymi), następnie (25.11) chrzest naszego Dominika.
Na razie tyle...